CENTRUM OBSŁUGI ZWIEDZAJĄCYCH I informacja i sprzedaż biletów | od 10.00 do 19.00 I tel.: 12 426 50 60 | e-mail: info@mhk.pl


Helena Modrzejewska, Titi, Nunu i Klembolo, czyli przygody dwóch liliowych chłopczyków i psa o sześciu nogach

(fragmenty)



Planeta, na której żyli Titi, Nunu i ich pies Klembolo, nazywa się Mars. Na tej planecie jest prześliczna dolina, koralową zwana, zapewne z tej przyczyny, że cała jest otoczona krzewami podobnymi do korala. W środku doliny stał dom, którego ściany były pokryte haftami, dach był ze złotej blachy, okna z topazów i kryształów, a schody z prześlicznego różowego marmuru. Naprzeciw domu jest duży, piękny ogród, przez środek którego prowadzi szeroka aleja ku wyjściu. Na końcu tej alei jest duża złocona brama, a przy tej bramie stoi domek, gdzie mieszka Klembolo, pies o sześciu nogach, ogromnego wzrostu, wierny stróż i bardzo do rodziny przywiązany przyjaciel.
W chwili, kiedy rozpoczyna się nasza opowieść, wewnątrz domu, na dziwnych siedzeniach spoczywało małżeństwo – Kleonia i Albastor. Jej cera była różowa, oczy jak fiołki, włosy bladoróżowe i długie. Albastor miał skórę ciemniejszą niż jego żona, ale oboje razem wyglądali jak dwa płatki róży, a ubrani byli w szaty mieniące się wszystkimi odcieniami. Mieli oni sześcioletnią córkę o imieniu Sylia i dwóch synów. Titi, starszy syn, był ślicznym ośmioletnim chłopczykiem, cały różowy, jak jego mama, miał włosy kręcone i tak samo jak mama bladozłociste, a oczka fiołkowe. Młodszy braciszek - Nunu, był tak podobny do Titi, że wyglądali jak bliźnięta, tylko że Nunu, będąc młodszym o rok, był mniejszy.
Miłe i szczęśliwe życie prowadziła rodzina Albastrów w koralowej dolinie. Kto by się spodziewał, że kiedyś w tym domu zagości smutek, który zmieni życie całej rodziny…
Posłuchajcie, co się wydarzyło…

Pewnego ranka Titi i Nunu zajadali miód w ogrodzie. Prześliczny motyl, zwabiony zapachem miodu, unosił się nad nimi. Chłopcy zobaczywszy go zachwycili się wielce i pozwolili mu się napić. Zaciekawieni przyglądali się, jak motyl zaczął zbliżać się do miseczki z miodem. Najpierw delikatnie liznął z brzegu, ale szybko zapomniał się i zatrzymawszy ruch skrzydełek opadł całym ciałem na miód i ugrzązł. Wtedy Titi i Nunu zbliżyli się, aby go wyciągnąć. Wzięli ostrożnie każdy za jedno skrzydełko i tym sposobem pomogli mu się wydobyć. Lecz zamiast puścić go na wolność, zaczęli mu się pilnie przyglądać, aż wreszcie Titi odsunąwszy na bok Nuna wziął motyla i zaczął go podziwiać. To rozgniewało Nuna, który rzekł:
– Musisz go puścić na wolność, bo inaczej powiem tacie!
– Puszczę, gdy mi się spodoba – odrzekł Titi.
Na to Nunu podskoczył do brata i schwyciwszy motyla za głowę, sądził, że w ten sposób uwolni go z jego rąk. Ale cóż się stało? Oto Titi w tej samej chwili schwyciwszy motyla za ogonek cofnął się mimo woli, tak że głowa została w rękach Nuna. Gdy to się stało chłopcy przerazili się, zabili bowiem niewinne zwierzątko…
Wówczas Titi rzekł ze złością do Nunu:
– Widzisz coś zrobił?
– To nie ja, lecz ty, boś go nie chciał puścić! – krzyknął Nunu.
Tak się sprzeczając, porwali się do pięści i na dobre zaczęli się bić. Trwało to długo, aż wreszcie zawadziwszy nogami o wystający korzeń drzewa, obaj upadli na ziemię. Gdy się podnieśli spostrzegli, że ich skóra zmieniła kolor z różowego na fioletowy! Bardzo się tym zmartwili, zaczęli więc gorzko płakać.
– Cóż teraz poczniemy? – pytali siebie nawzajem.
– Jak wrócimy do domu? Mama zaraz pozna po kolorze naszego ciała, że byliśmy bardzo niegrzeczni.
Wtedy Nunu powiedział:
– Podobno daleko stąd, za górami jest takie źródło, w którym gdy się w nim ktoś wykąpie, zaraz naturalny, różowy kolor mu wraca.
– Pójdźmy do tego źródła – powiedział Titi.
Zawołali więc Klembola, który chętnie się do nich przyłączył, zabrali trochę chleba i wodę, i ruszyli w drogę.
– Gdy nam wróci dawny różowy kolor, pokażemy się rodzicom - postanowili.

W domu nie wiedziano o ucieczce chłopców, gdyż zwykle w popołudniowych godzinach zostawiano im swobodę, wiedząc, że się grzecznie bawić będą. Ale kiedy nie pojawili się na wieczerzy rodzice martwić się zaczęli, a Albastor rozpoczął ich poszukiwania. Tak mijał dzień za dniem. Chłopców szukano we dnie i w nocy. Na próżno jednak – nie odnaleziono braci i w domu wielki smutek zapanował…

Tymczasem Titi i Nunu zagłębiali się coraz dalej w koralowy las. Kolejne dni mijały im na coraz bardziej uciążliwej wędrówce. Pili wodę ze strumyków, jedli jagody, owoce podobne trochę do pomidorów i ptasie jaja, a spali na porośniętej mchem ziemi. Wielu trudnościom i niebezpieczeństwom musieli stawić czoła, ale żaden z chłopców nie chciał zrezygnować z poszukiwań czarodziejskiego źródła.

Pewnego dnia, gdy słońce już miało się ku zachodowi, ujrzeli w oddaleniu duże jezioro.
– Będziemy mogli się kąpać! – krzyknęli z radością i z ulgą wskoczyli do wody.
Śmiejąc się i bawiąc wesoło w pewnej chwili zobaczyli ogromnego stwora z wielką głową i otwartym pyskiem. Potwór ten zbliżał się do nich z nadzwyczajną szybkością. Zobaczywszy to chłopcy zaczęli uciekać, pędząc przed siebie. Aż nareszcie dopadłszy wysokie drzewo wdrapali się na nie pospiesznie. Gdy już byli na samym wierzchołku spojrzeli w dół i ujrzeli stwora siedzącego naprzeciw drzewa. Wierny Klembolo, który został na dole, szczekał groźnie i zawzięcie i straszył potwora jak tylko mógł, ale potwór nie bał się psa.
Tak minęła noc, potem poranek, a potwór wciąż leżał pod drzewem. Chłopcy powoli zaczęli omdlewać z głodu i pragnienia.
– Czy ty myślisz – odezwał się Nunu – że potwór cały dzień tu będzie leżał?
– Może być i tak, a może i dłużej… – odparł Titi.
– I co teraz z nami będzie? – zapytał Nunu.
Na to zasmucony Titi nic nie odpowiedział, tylko czule przytulił do siebie braciszka.
Nagle w oddali zobaczyli olbrzymiego wzrostu  człowieka z dzidą na ramieniu i maczugą w ręku. Olbrzym nie szedł w ich stronę, ale usłyszawszy szczekanie Klembola zbliżył się szybkim krokiem. Potwór leżący pod drzewem podniósł się ociężale na widok olbrzyma. Ten zaś, wziąwszy maczugę uderzył nią w głowę potwora, który straszliwie zaryczał, a potem niechętnie odszedł. Chłopcy nie mniej bali się wielkoluda, jak potwora, więc się z miejsca nie ruszyli, ale olbrzymi człowiek wyciągnął rękę do góry, zapraszając chłopców uprzejmym gestem, by zeszli z drzewa. Widząc, że Klembolo pociesznie się do niego łasi, chłopy zaczęli powoli schodzić w dół. Wtedy olbrzym przygarnął ich do siebie, posadził na swych ramionach i tak, wraz z Klembolo, który szedł przy nodze wielkoluda, ruszyli w drogę.
- Jak myślisz, co olbrzym z nami zrobi? – zapytał Titi.
- Nie wiem - odpowiedział Nunu cichym głosem. Może nas zje – dodał za strachem.
- Wątpię, żeby to uczynił – zaprzeczył Titi. Nie wygląda wcale na złego człowieka.
- To prawda - potwierdził Nunu - ale co będzie, jeżeli nas zechce u siebie zatrzymać? Co my wtedy zrobimy? Czy uciekniemy?
I tak rozmawiając, dotarli pod wieczór do domu olbrzyma. Był to ogromny budynek, tak wysoki, jak najwyższy kościół, z którego wyszła im naprzeciw cała rodzina wielkoluda – matka i pięcioro dzieci. Wszystkie one zwróciły swe oczy na Titi i Nunu, którzy z przestrachem patrzyli na wielkie stopy olbrzymiąt, obawiając się, że będą nimi stratowani. Chłopcy chcieli uciekać, ale nim to zdołali uczynić, zostali pochwyceni przez olbrzyma, który uwięził biednych chłopców w wielkiej drewnianej skrzyni wielkości pokoju. Tak mijały dni i tygodnie… Dzieci olbrzyma nie raz im dokuczyły, choć ojciec starał się trzymać je z dala od chłopców i dbał o nich, jak umiał. Nie chciał jednak puścić braci wolno, ale dzięki swemu sprytowi i pomysłowości, Titi i Nunu, a wraz z nimi Klembolo, zdołali wreszcie uciec z domu olbrzymów. 
Głodni, zmęczeni, ale szczęśliwi wędrowali więc dalej, ciągle szukając czarodziejskiego źródła. Dokuczał im głód, pragnienie i coraz większe zmęczenie. Kiedy bracia całkiem już stracili nadzieję na odnalezienie źródła i szczęśliwy powrót do domu, niespodziewanie ujrzeli na niebie łódź powietrzną, którą zwykły podróżować święte panny. Uradowani chłopcy zaczęli dawać im znaki, a wtedy panny wylądowały na ziemi. Wówczas chłopcy opowiedzieli im o wszystkim co się wydarzyło: o motylu, ucieczce z domu i przygodach, które przeżyli podczas swej wędrówki.
Wtedy jedna z panien rzekła:
– Żadne wody nie pomogą wam zmyć fioletowego koloru. Tylko przyznanie się do winy i prawdziwy żal może przywrócić wam naturalny różowy kolor.
– Wrócimy więc wszyscy razem do domu – dodała druga panna. Nie myślcie o źródle. Przeproście raczej rodziców i powiedzcie im cała prawdę. Jeśli przyrzekniecie, że już nigdy nie będziecie niegrzeczni, natychmiast staniecie się znów różowi. Zatem chodźcie – dodała łagodnie. Rodzice przyjmą was z wielką radością.
Wszyscy wsiedli więc do łodzi powietrznej, która powoli zaczęła unosić się w górę. Ogromną uciechę przynosiło zawsze chłopcom podróżowanie tym pojazdem. Nad łodzią unosił się ogromny, mechaniczny ptak, tak urządzony, że można nim było we wszystkie strony kierować za pomocą elektrycznego aparatu, umieszczonego w środku owego ptaka. Cały ten przyrząd unosił się w powietrzu za pomocą czterech (a czasem nawet sześciu) balonów napełnionych gazem. Czym wyżej ktoś chciał latać, tym więcej nadmuchiwał balony.

Już się ściemniać zaczynało, gdy łódź powietrzna wylądowała przed domem Albastorów.
Uradowani chłopcy w mgnieniu oka wyskoczyli z łodzi i zaczęli głośno wołać: Mamo! Tato! Sylio!
Kiedy rodzice i siostra wybiegli z domu, szczęśliwi chłopcy, a także Klembolo, pobiegli ku nim, witając się radośnie. Wszyscy płakali ciesząc się z powrotu Titi, Nunu i psa.
Rodzicie nie zauważyli jednak, że chłopcy byli fioletowi, gdyż zaczęło się już ściemniać. Kleonia chciała zaprowadzić ich do światła, ale Titi się temu sprzeciwił, mówiąc, że dopóki rodzice nie wysłuchają tego, co im ma do powiedzenia, chłopcy nie odważą się w świetle pokazać. Wtedy opowiedział rodzicom wszystko, co się stało, od samego początku…
Ojciec zmarszczył brwi i rzekł zmartwiony:
- Powinienem was za to porządnie ukarać. Ale ponieważ sami się do wszystkiego przyznajecie i żałujecie tego, coście zbroili, więc wam z całego serca przebaczam. Mam jednak nadzieję, że już nigdy nie będziecie tak nieroztropni.
Na to Titi i Nunu ucałowali rodziców, przyrzekli, że będą pamiętać o tej przestrodze, po czym
wszyscy razem udali się do domu.
Tam dopiero, w świetle lamp, Titi i Nunu spojrzeli uważnie jeden na drugiego i równocześnie radośnie krzyknęli, ściskając się wzajemnie.
– Czemu tak się radujecie? – spytała Sylia.
– Dlatego, że znowu staliśmy się różowi! – krzyknął wesoło Titi.
- Widać, że przebaczenie rodziców było skuteczniejsze niż źródło, któregośmy na próżno tak długo szukali – zauważył Nunu.
Późną nocą, uradowani i szczęśliwi bracia trafili wreszcie do swoich łóżek.
Ach, jakże im się smacznie spało.



Oprac. Karina Janik, Klaudia Kaczmarczyk